KATOLICKA ODNOWA W DUCHU ŚWIĘTYM SOCHACZEW - BORYSZEW
WZNAWIAMY Warszaty Małżeńskie, które odbędą się w niedzielę 27.10.2019 r. w parafialnym Kościele MBNP w Boryszewie o godz. 15.00. Kontakt: 793 719 425 ZAPRASZAMY
ZAPRASZAMY wszystkich zainteresowanych na spotkania Odnowy w Duchu Świętym, które odbywają się w każdy czwartek w parafialnym Kościele MBNP w Boryszewie o godz. 18.00. Kontakt: 793 719 425
- ZAPRASZAMY na Mszę Świętą z modlitwą o uzdrowienie. Msza odbędzie się w niedziele 8 września 2019r. w parafialnym Kościele MBNP w Boryszewie o godz. 18.00. -ZAPRASZAMY-

ŚWIADECTWA


Moja Historia - Darek

Moja Historia - Sebastian

Piotr Stępniak - Moja Historia SzukajacBoga.pl SzukajacBoga.pl

Świadectwo Daniela Okrucha

Michael W Smith - I am second - napisy PL

I am second - Brian "Head" Welch (Korn) - napisy PL

I am second - Stephen Baldwin - napisy PL

Tomasz Żółtko

Jestem Drugi® - Adam Sokół

Jestem Drugi® - Maja Frykowska

Jestem Drugi® - Robert Litza Friedrich



James Maniackal MSFS - Rekolekcje Gdańsk 2008 (IX) - świadectwo

"Nawrócona wiedźma" to tytuł wywiadu-rzeki z aktorką Patrycją Hurlak, która opowiada o swoim zaangażowaniu w czarną magię oraz nawróceniu i miłości do Jezusa.

Basia- świadectwo nawrócenia


Czym dla mnie jest małżeństwo?

Bóg pokazał mi jak wielkim darem jest sakrament małżeństwa. Otworzył mi oczy na takie proste rzeczy, można powiedzieć, oczywiste. Zobaczyłam mojego męża w zupełnie innym świetle . Zobaczyłam w nim Chrystusa, ogarnęła mnie wielka miłość, miłość dojrzała. Poczułam niesamowitą jedność z moim mężem, a zarazem wielką odpowiedzialność za Niego.

Mam to szczęście, że razem należymy do Wspólnoty i razem przemieniamy nasze serca, nasze życie. Czuję Jego bliskość, Jego miłość. W trudnych chwilach wiem, że mogę na Niego liczyć. Jest dla mnie wielką podporą i wielkim szczęściem. Zaczynam zdawać sobie sprawę, że to nie moja zasługa że jesteśmy razem, że to Bóg nas połączył i nas prowadzi. Ma dla nas przygotowany plan, umacnia nas, pokazuje obszary, gdzie niedomagamy, a jednocześnie bardzo mocno zbliża nas do siebie. My tylko mamy trwać przy nim i ufać mu bezgranicznie. 

Zanim odnalazłam Boga we Wspólnocie, miałam wrażenie, że to ja jestem taka pokrzywdzona, nieszczęśliwa. Miałam swój ideał rodziny i dążyłam do tego, aby tak było. Tylko tam nie było miejsca dla Boga, tam w centrum byłam ja. Najważniejsze, żebym ja była zadowolona, żeby życie kręciło się wokół mnie. Mocnym znakiem od Boga były warsztaty małżeńskie, na których niedawno byliśmy. Oczywiście szatan robił wszystko żebyśmy tam nie pojechali. Przed wyjazdem byliśmy mocno skonfliktowani. Ja już nawet zastanawiałam się, jaki sens ma trwanie w czymś, co ciągle niedomaga, ciągle jest źle (podszepty szatana). Bóg poprzez Krzysztofa i Grażynkę sprawił, że jednak pojechaliśmy (dziękuję Wam za wsparcie i pokrzepiające słowa). Tam otworzyły mi się oczy, ile we mnie jest pychy, egoizmu, jak bardzo jestem skupiona na sobie. Doświadczyłam Bożej miłości, że to ja muszę każdego dnia rezygnować z siebie dla mojego męża, umierać dla siebie, by żyć dla Niego. Pan Jezus w delikatny sposób wchodzi w moje życie, wchodzi w moje ciemności. Pamiętam jak mocno byłam zniewolona przez mój egoizm. Powiedziałam kiedyś, że miałam takie poukładane życie, a teraz to wszystko się burzy. Rzeczywiście poukładane, ale przeze mnie, po mojemu, a gdzie miejsce dla Boga, dla mojego męża, moich dzieci… Bałam się zmian.

Kiedy się nad tym zastanawiam, to właśnie teraz, kiedy rezygnuję z siebie, jestem szczęśliwa, kiedy widzę uśmiech na twarzy mojego męża, kiedy mówi mi, że jestem dla Niego ważna. Czuję w sercu miłość i spokój. Zauważyłam, że kiedy robię coś z miłości i z miłością, sprawia mi to wielką radość, ale też że, ta miłość wraca do mnie, poprzez gesty, słowa i uczynki mojego męża. 
To niesamowite jak wielką moc ma Pan Bóg, dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych. Zaufać Panu, to być szczęśliwym i wolnym człowiekiem.

Chwała Panu

Sochaczew, 05-03-2013 Gosia


W małżeństwie konieczny jest dialog, a dialog nie jest zwykłą rozmową. Dialog to dzielenie się sobą, swoimi słabościami i sukcesami. To poznawanie siebie: wiem, czego ta druga strona pragnie, a czego się boi.



Marcin Wójcik: Zakochała się Pani w mężu od pierwszego wejrzenia?

Grażyna Kowalska: – Absolutnie nie. Krzyś był jak antychłopak, bo zupełnie nie pasował do moich kryteriów. Nawet nie był brany pod uwagę jako kandydat na chłopaka.

Czym tak podpadł?
– W towarzystwie zawsze musiał być w centrum, zwracał na siebie uwagę, popisywał się w głupi sposób, co mnie szalenie denerwowało. Przecież ja byłam jedną z księżniczek pochodzących z dobrze sytuowanego domu, to znaczy ojciec traktował mnie i moje siostry jak księżniczki. A przecież księżniczka ma wymagania, kaprysy i poszukuje księcia, a nie wiecznego żartownisia.

No to jakim cudem doszło do pierwszej randki?
– Dla świętego spokoju dałam się zaprosić na spacer i wtedy okazało się, że w normalnej rozmowie, bez kolegów i koleżanek, Krzyś jest zupełnie innym człowiekiem. Pod przykrywką żartownisia kryła się dusza romantyka, który zbiera stokrotki na łące i przynosi je księżniczce. Po pierwszym spacerze były kolejne. Najczęściej spacerowaliśmy w stronę pól i łąk albo wzdłuż torów kolejowych, biegnących z Sochaczewa do Łowicza.

Wasze narzeczeństwo to wyłącznie spacery?
Krzysztof Kowalski: – W ciągu roku szkolnego widywaliśmy się w soboty i czasami w niedziele, bo mieszkaliśmy w internatach, to znaczy ja w Warszawie i Skierniewicach, a Grażynka w Wyszogrodzie. Pamiętam, że w sobotę przesiadywałem u Grażynki do późnych godzin. O 22.20 miałem ostatni autobus do domu. Często było tak, że zostawałem 30 minut dłużej i wracałem 6 kilometrów na nogach. O 23.00 trzeba było się zbierać, bo nie wypadało tak długo siedzieć u dziewczyny.

G.K.: – Cały tydzień tęskniliśmy za sobą, rozpamiętywaliśmy każde słowo wypowiedziane podczas sobotnich spotkań. Nie było telefonów komórkowych, nie było internetu jak teraz. Były pamięć i wyobraźnia. W tygodniu słyszałam głos Krzysia, czułam nastrój wypowiadanych w sobotę słów i jego zapach.

Proszę?!

– Tak, zapach. Każdy go ma. Dzisiaj przed randką wylewa się na siebie litry perfum, wód kolońskich i pod tym pancerzem nie czuć prawdziwego zapachu człowieka. Oczywiście, nie mówimy tutaj o skutkach braku kontaktu z wodą i mydłem (śmiech). Krzyś zawsze był zadbany – czysta koszulka, spodnie, jakiś dyskretny kosmetyk, taki, który nie zabijał zapachu.


Narzeczeni mówią, że przed ślubem trzeba ze sobą zamieszkać, żeby się sprawdzić, zobaczyć rano i wieczorem... Mieszkaliście razem przed ślubem? 

G.K.: – W tamtych czasach to było nie do pomyślenia. Nikomu to nawet na myśl nie przyszło.


Czujecie się przez to ubożsi?

G.K.: – Nasze narzeczeństwo trwało 5 lat i nie musieliśmy ze sobą mieszkać, żeby się poznać. Zawsze dużo i szczerze rozmawialiśmy i to jest klucz do prawdziwego poznania. Poza tym dobrze jest za sobą zatęsknić. Ważny jest czas oczekiwania. Wtedy jest miejsce na refleksję, wytężenie zmysłów, by choćby poczuć w wyobraźni zapach tej drugiej osoby czy usłyszeć w pamięci jej słowa.

Ale przez okres narzeczeństwa poznaje się także rodzinę tej drugiej strony. Krzyś czasami pomagał mojemu tacie przy reperowaniu samochodów, a mnie przy warzywach w tunelach. Ja z kolei wiele się nauczyłam od przyszłej teściowej, między innymi tego, że posiłki jada się punktualnie i najlepiej z całą rodziną przy stole. Po ślubie kupiliśmy ogromny dębowy stół.


Pięć lat narzeczeństwa to całkiem sporo. Pewnie ślub nie był spontaniczną decyzją, ale dużo wcześniej go zaplanowaliście?
G.K.: – Pobraliśmy się, kiedy Krzysiek był jeszcze w wojsku i można powiedzieć, że decyzja o ślubie została podjęta nagle. Na weselu moje ciotki bacznie mi się przyglądały i zastanawiały się, w którym miesiącu ciąży jestem, skoro musieliśmy się pobrać „jeszcze w wojsku”. Ale nic nie musieliśmy. Pierwsze dziecko urodziło się dopiero po dwóch latach małżeństwa i było zaplanowane. Przez dwa lata dobrze nam było we dwoje. Dużo czasu ze sobą spędzaliśmy. Były wspólne niedzielne wycieczki, obiady w restauracjach, bo ja, księżniczka, nie umiałam przecież gotować. Znajomi odbierali nas trochę jak odmieńców, bo po ślubie zachowywaliśmy się jak świeżo upieczona para, a nie małżeństwo.


Dzisiaj przy różnych okazjach składacie świadectwo spotkania Boga. Kiedy Go tak naprawdę poznaliście?
G.K.: – Często jeździliśmy w odwiedziny do mojej siostry w Skierniewicach i denerwowało nas, że ona – mimo gości – wychodziła na Mszę świętą i czuwanie, które organizowała Odnowa w Duchu Świętym. Kiedyś poszliśmy razem z nią.


K.K.: – Wzięliśmy udział w rekolekcjach ewangelizacyjnych Odnowy w kościele św. Jakuba w Skierniewicach. Po jednej z Mszy świętych ksiądz Mirosław Nowosielski kładł ręce na głowie podchodzących do niego osób, modlił się, a później coś mówił do ucha. Podszedłem do niego, bo byłem ciekaw, co mówi. Myślałem, że to zaproszenie na herbatę, ale zamiast niego usłyszałem: „Otwórz drzwi Chrystusowi”.

Zdziwiłem się trochę, ale później słowa te towarzyszyły mi i zastanawiałem się, jak mam te drzwi otworzyć. W bardzo szybkim czasie z człowieka, który nie widział potrzeby bycia w kościele nawet co niedzielę, stałem się człowiekiem, który z potrzeby serca musiał być na Mszy świętej codziennie.

Swoje miejsce odnaleźliśmy w Odnowie w Duchu Świętym. Stopniowo nasze życie nabierało innego charakteru. Zaczęły nam przeszkadzać takie sprawy, jak mocno zakrapiane alkoholem imieniny, do niczego nieprowadzące rozmowy ze znajomymi. Zweryfikowały się nasze przyjaźnie i znajomości.


Nie próbuję nawet wymienić wszystkich dzieł, w które się angażujecie w parafii i diecezji, ale wspólnym mianownikiem większości są właśnie małżeństwa.

K.K.: – W rodzinie najważniejsze są właściwe relacje między żoną i mężem. Jeżeli na tej płaszczyźnie nie ma zdrowych relacji, cierpi cała rodzina. Rodzice, którzy się prawdziwie kochają, poradzą sobie z wychowywaniem dzieci. Jest dużo małżeństw poprawnych i - patrząc z zewnątrz – są one szczęśliwe, nic tam nie brakuje. Ale nie wystarczy tylko ze sobą rozmawiać, bo rozmawiać można o wszystkim: o wydatkach, szkole dla dzieci, oszczędnościach, liście zakupów.


W małżeństwie konieczny jest dialog, a dialog nie jest zwykłą rozmową. Dialog to dzielenie się sobą, swoimi słabościami i sukcesami. To poznawanie siebie: wiem, czego ta druga strona pragnie, a czego się boi.


G.K.: – To, że mamy się zajmować małżeństwami, odczytujemy ze znaków, które Bóg nam ciągle daje. Myślimy o powołaniu w Sochaczewie stowarzyszenia, które będzie pomagać małżeństwom. Ale jeszcze nie teraz. Póki co, cieszymy się między innymi z weekendów dla narzeczonych, które kilka razy w roku organizujemy w Niepokalanowie razem z księdzem Markiem Kanią.

Małżeństwo jest dla nas najpiękniejszym darem od Boga, darem dla mężczyzny i kobiety. My to doskonale wiemy i czujemy. Nasza miłość ma źródło w Miłości, którą jest Chrystus. To On daje się nam i uzdalnia nas każdego dnia, abyśmy i my oddawali siebie innym na zasadzie: „darmo otrzymaliście, darmo dawajcie”.


Jak obchodzicie walentynki?
K.K.: – Nie obchodzimy.


G.K.: – My jesteśmy ciągle zakochani, więc nie potrzebujemy dnia, który by nam o tym przypominał. Po prawie 30 latach małżeństwa Krzyś nadal przynosi mi kwiaty zerwane na łące. Godzinami uwielbiamy się do siebie przytulać, trzymać za ręce. Ostatnio ksiądz już wychodził do Mszy świętej, a ja spojrzałam na Krzysia i powiedziałam mu: „Jaki ty jesteś piękny!”. Nasza miłość jest żywa, spontaniczna i nie lubimy, gdy o małżeństwie mówi się z patosem.



Grażyna i Krzysztof Kowalscy pobrali się w 1982 roku. Mieszkają w Sochaczewie i prowadzą własny biznes. Mają syna i dwie córki oraz troje wnucząt. Działają w Odnowie w Duchu Świętym przy parafii MB Nieustającej Pomocy w Sochaczewie.