KATOLICKA ODNOWA W DUCHU ŚWIĘTYM SOCHACZEW - BORYSZEW
WZNAWIAMY Warszaty Małżeńskie, które odbędą się w niedzielę 27.10.2019 r. w parafialnym Kościele MBNP w Boryszewie o godz. 15.00. Kontakt: 793 719 425 ZAPRASZAMY
ZAPRASZAMY wszystkich zainteresowanych na spotkania Odnowy w Duchu Świętym, które odbywają się w każdy czwartek w parafialnym Kościele MBNP w Boryszewie o godz. 18.00. Kontakt: 793 719 425
- ZAPRASZAMY na Mszę Świętą z modlitwą o uzdrowienie. Msza odbędzie się w niedziele 8 września 2019r. w parafialnym Kościele MBNP w Boryszewie o godz. 18.00. -ZAPRASZAMY-

ALKOHOLIZM


Świadectwo byłego alkoholika



Waldemar Krajewski: „Byłem uzależniony od alkoholu, dopóki nie „upiłem” się Jezusem”.




"Więc żyłem w dwóch światach – w jednym, gdzie chciałem być akceptowanym przez moje środowisko, i w drugim, gdzie czułem pragnienie Boga. Żyłem więc między tymi dwoma światami".
Jest Pan terapeutą, coachem osobistym i kierownikiem duchowym. Jednak Pana praca nie jest osadzona tylko na teoretycznej wiedzy, ale osobistym przeżyciu zmagania z własnym nałogiem i doświadczenia ogromu Bożej miłości, która nie pozwoliła Panu stoczyć się na dno, a potem zmotywowała, aby „nie kryć jej pod korcem”, ale dzielić się nią z innymi. Jak zaczęło się Pana uzależnienie?

Waldemar Krajewski: Miałem trzynaście lat, kiedy miałem pierwszy kontakt z alkoholem. To były lata osiemdziesiąte, więc panowała wtedy społeczna kultura picia. W moim domu nie było pijaństwa, ale alkohol zawsze pojawiał się na święta i w czasie imprez rodzinnych. Niestety szybko odkryłem jego „magiczne” działanie, ponieważ jak piłem jako nastolatek to miałem w sobie więcej odwagi, alkohol „pomagał” mi się bawić i nawiązywać relacje. Po alkoholu potrafiłem rozmawiać, a miałem wielką jej potrzebę, ponieważ mam charakter ekstrawertyka a z drugiej strony byłem nieśmiałym chłopcem. Miałem też kompleksy związane z tym, że obracałem się w towarzystwie młodzieży, gdzie było dużo osób, których rodzice pracowali za granicą, a ja byłem synem robotnika, więc oni mieli dżinsy, a ja miałem to, co na kartki można było wtedy dostać, więc też alkoholem chciałem się dowartościować. Kochałem sport, na zewnątrz byłem uznawany za lokalną gwiazd, a w relacjach czułem się zakłopotany i onieśmielony. Od piętnastego roku życia byłem osobą uzależnioną, jeszcze szkoły nie zawalałem, ale całe weekendy były „zakrapiane” alkoholem, czyli miałem typową osobowość podatną na szybkie uzależnienie.

Kiedy zaczyna się uzależnienie?

To są choroby, w których nie ma jednego momentu, ale są sygnały wskazujące, że dana osoba jest podatna na to, czy tamto uzależnienie. Na przykład ja miałem „mocną” głowę – wypijałem więcej niż moi koledzy, oni „padali”, już nie mogli pić, a ja dopiero smaki „łapałem” i byłem z tego dumny, nie mając pojęcia, że w ten sposób wchodzę w alkoholizm. Inni mówili: „Nie możemy pić, bo nam się już niedobrze robi, a ja stwierdzałem, że dopiero teraz to mogę pić”. To był już jeden z symptomów uzależniania się.

Czy są osobowości w ogóle niepodatne na uzależnienia?

Myślę, że nie ma takiej osobowości, która byłaby tak w pełni dojrzała. My dopiero dążymy do pewnej dojrzałości, ale każda osoba ma skłonności do jakiegoś uzależnienia i każdy może się uzależnić. Moja mama ostrzegała mnie przed uzależnieniem, ale ja całkowicie bagatelizowałem to. Mając dziewiętnaście lat byłem bardzo uzależniony, ale nadal niczego złego w tym nie widziałem i ciągle uważałem, że wszystko kontroluję i jakoś funkcjonowałem. Jako młody chłopiec wychowywałem się w domu katolickim, mieliśmy tradycję modlitwy różańcowej i w mnie rozwinął się kult do Matki Boskiej Częstochowskiej. Bardzo dobrze czułem się przy Jej obrazie. Więc żyłem w dwóch światach – w jednym, gdzie chciałem być akceptowanym przez moje środowisko, i w drugim, gdzie czułem pragnienie Boga. Żyłem więc między tymi dwoma światami. Potrafiłem pójść na pielgrzymkę, a później pojechać na dwa tygodnie na wyjazd, gdzie ciągle piłem. Potem tego alkoholu było coraz więcej i częściej, aż w końcu poszedłem do wojska, gdzie ciągle się piło. Wtedy już nie potrafiłem sobie radzić bez alkoholu. Potem się ożeniłem, ale niestety było coraz więcej alkoholu w moim życiu. I w pewnym momencie moje życie było na skraju rozpadu. Mając 22 lata poszedłem do poradni i pojechałem na leczenie, gdzie w pełni uświadomiłem sobie, że jestem alkoholikiem i że to jest choroba. Tak zaczął się mój proces trzeźwienia.

Czy już na tej terapii Pan doświadczył Bożej miłości?

Jeszcze nie tak intensywnie. Jakiś czas po tej terapii pojechałem na rekolekcje oazy rodzin i tam przeżyłem nawrócenie. Było to przeżycie niesamowite. Tam spotkałem Chrystusa, dlatego tych dwóch tygodni w Ligocie Bielskiej nigdy nie zapomnę.

W jaki sposób Pan spotkał Chrystusa?

Było to przeżycie bardzo osobiste i emocjonalne. Tam powiedziałem: „Ja Ciebie nie rozumiem, ja nie rozumiem Twojego działania Duchu Święty. Chciałbym jednak doświadczyć Twojej obecności”. I te dwa tygodnie, gdzie z jednej strony dowiadywałem się o Nim od strony teoretycznej, a z drugiej strony miałem czas na modlitwę, na medytację, na adorację, spowodowały tak głębokie przeżycia, że czułem się jakbym się „upił” Panem Bogiem, a kiedy wróciłem do domu to nie mogłem normalnie żyć, nie mogłem jeść, nie mogłem spać, całe moje życie było podporządkowane Jezusowi… To było przeżycie bardzo intymne, kiedy On do mnie przyszedł. Miałem absolutną pewność tego, że On jest. Budziłem się w nocy i mówiłem: „Ja Ciebie czuje”. Kiedy wróciłem do domu to wiedziałem, że muszę coś z tym zrobić – potrzebowałam uspokojenia wewnętrznego i pogłębienia tego doświadczenia i wtedy przeczytałem o rekolekcjach ignacjańskich w ciszy. To było to – pojechałem. Tak zaczęła się ta cała wewnętrzna przemiana – ta cisza, ta medytacja, relacja z Panem Bogiem, ale już bez tego aplauzu.

Czy w tym okresie, w którym Pan tak bardzo doświadczył Pana Boga, nadal miał Pan problem z alkoholem?

Nie, wtedy już ja nie piłem. Nie tylko nie miałam takiego problemu, ale już nie miałem takiej potrzeby. A w międzyczasie pojawiło się także pragnienie głoszenia Jezusa. Tak tez zaczęła się moja droga do pomagania ludziom.

Jak to się stało, że został Pan terapeutą?
Pragnienie pomagania innym następuje automatycznie u każdego, kto doświadczy Pana Boga. Dla mnie potem nie miało znaczenia, kim będę, ale ważny był drugi człowiek, pragnienie, aby się z nim podzielić tym, że Bóg go kocha i że z największego bagna może go wyciągnąć. Bo nic człowieka nie jest w stanie przemieni poza miłości. Terapia jest terapią miłością. Terapeutą jest człowiek, który potrafi współczuć drugiemu człowiekowi, koło niego usiąść, aby pomóc mu wstać. I potem byłem na rekolekcjach, gdzie jeden zakonnik zapytał mnie, czy nie chciałbym pomagać. Miałem rok na zastanowienie i w końcu poszedłem na Studium Pomocy Rodzinie. Ojcowie jednocześnie wzięli mnie do kierownictwa duchowego

Jednak kierownictwo duchowe wydaje się być działką przeznaczoną dla księży…

To ojcowie jezuici zaproponowali mi, abym posiadając swoje doświadczenie uzależnienia pomagał innym. A pomaganie zawsze było moim pragnieniem. To Bóg rozbudza w nas pragnienia, a pochodzą one od Niego, jeżeli przynoszą dobre owoce. Bo celem pomagania człowiekowi jest to, aby pomóc mu coraz bardziej kochać. Chodzi o to, aby człowiek był coraz bardziej wrażliwy na miłość Boga. W terapii nie chodzi o ilość ludzi, bo jeżeli chodziłoby o ilość to Jezus za wiele nie zawojował, mając dwunastu Apostołów… Liczy się każdy człowiek, jednostka. I nie trzymam się jakieś jednej formy terapii psychologicznej, bo zawsze podkreślam, że ta metoda jest dobra, która prowadzi człowieka do rozwoju, czyli do miłości. Jeśli w terapii nie ma miłości do Boga, do człowieka, to nie jest to prawidłowa terapia. Celem człowieka jest kochać i być kochanym, więc celem rozwoju jest miłość. Z tego powodu celem terapii jest pomoc człowiekowi w odkryciu tej miłości w sobie, a potem odkryciu źródła miłości – Boga. Jednocześnie ponieważ korzeń samego problemu nie tkwi w samym piciu, czy innym uzależnieniu, ale w życiu, trzeba zająć się problemem życia, a nie będzie problemu z piciem.

Są różne techniki terapii… czy same techniki, w oderwaniu od Pana Boga, też mogą być skuteczne?

Można, można to zrobić bez Pana Boga, ale trzeba być nieświadomym, aby nie uwzględnić wymiaru duchowego człowieka. Ten wymiar duchowy jest obok wymiaru psychicznego i fizycznego częścią człowieka. Człowiek pragnie być kochany i tęskni za miłością, a uzależnienie zabija cały świat wartości wyższych. Trudno mi wtedy jest kogoś kochać, trudno jest mi pokochać zdrowo siebie, koncentruję się na sobie jako egoista, moje „ja” jest chore. Świat wartości jakim jest rodzina, praca, czystość, zostaje zamrożony. Choroba duchowa jest absolutnie zniewoleniem. Jest to brniecie w grzech – nieczystości, nadużywania alkoholu, itd. Wtedy nawet jeżeli chodzę do kościoła to traktuję wiarę w sposób magiczny, A więc mój świat wartości się zamyka, on zostaje zabity. To jest wymiar duchowy. Wymiar psychiczny dotyka problemu radzenia sobie z emocjami, reagowania w zdrowy sposób – potrzebuję uśmierzacza bólu – alkoholu czy inna używki. Na poziomie fizycznym uzależnienie niszczy moje organy, a w konsekwencji doprowadza do śmierci. A na poziomie społecznym? Oddziela mnie całkowicie od drugiego człowieka. Uzależniony człowiek jest bardzo samotny, bardzo cierpi w swojej samotności, sam to stworzył poprzez poddanie się swojej chorobie – zostaje sam na sam ze swoją chorobą, która go zabija.

W momencie, kiedy człowiek sobie uświadamia – jestem uzależniony, mam problem, co powinien zrobić? Przecież to jest bardzo złożony problem, dotykający sfery psychicznej, fizycznej i duchowej… Jak zacząć proces uzdrowienia?

Przede wszystkim musi sobie uświadomić – mam problem ze sobą. Bo najczęściej osoba uzależniona widzi problem na zewnątrz. Czasami przez szereg lat osoba uzależniona nie widzi, że problem jest w niej, jej przeżywaniu świata. Bolą człowieka skutki uzależnienia – żona się na mnie złości, straciłem pracę, mam długi, to mnie boli… Ale przyczyna jest dalej dla niego nieznana, więc leczy te skutki – próbuje przepraszać, szukać innej pracy, ale problemy powracają i znowu wszystko się sypie. Przyznanie się do tego, że mam problem ze sobą jest bardzo trudne, ponieważ mechanizmy obronne w człowieku uniemożliwiają spojrzenie na siebie. Ja muszę chcieć spojrzeć na siebie, widzieć swoją nędzę i przyjąć to – zrobić autoanalizę, a to jest trudne dla chorego i tutaj potrzebna jest druga osoba.

Jeżeli człowiek już stanie w prawdzie o swoim uzależnieniu, to co dalej? Może zrodzić się w nim wtedy pytanie: Ale jak ja mogę się z tego podźwignąć, skoro już tak zabrnąłem w dany problem, tyle podziało się zła…

Tutaj chciałoby się zrobić wszystko naraz, jak najszybciej. Nie, nic się nie stało nagle i nic się nagle nie odstanie. W wymiarze duchowym człowiek jest zniewoleny, a pod kątem psychicznym jest uzależnieniony. Muszę się poddać leczenia mojej psychiki i mojej duszy. I co dalej? Tutaj trzeba wrócić do pewnych praktyk, instytucji, a przede wszystkim wrócić do Pana Boga. Program dwunastu kroków anonimowych alkoholików, seksoholików, uzależnionych od Internetu i brnących we wszystkie inne uzależnienia jest taki sam – on właśnie pokazuje w pierwszym kroku, ze jesteś bezsilny wobec swojego uzależnienia, czyli od strony duchowej moglibyśmy powiedzieć: „Zobacz – demon alkoholu, demon picia ogarnął ciebie i ty jesteś bezsilny, bo człowiek w relacji z demonem jest bezsilny. Sam na sam jest w pozycji przegranej i nie ma możliwości, aby człowiek o własnych siłach wygrał z demonem. Po prostu jest to niemożliwe… Ten demon przejął nade mną kontrolę. Dlatego ja potrzebuję inne siły duchowej, aby pokonać demona. A kto go pokonał? Tylko Jezus. A więc w tym wymiarze potrzeba nawrócenia, choćby tylko dlatego, aby człowiek żył, bo sama terapia psychologiczna, bez wymiaru duchowego nie jest pełna. Człowiek musi zobaczyć, że ile razy sam próbował mu nie wychodziło. Każdy demon po to jest wysłany, aby nas zabić i dlatego uzależnienie zabija. Musimy zawsze patrzeć na zło, które nas zniewala właśnie te w wymiarze duchowym, ponieważ Pan Bóg ma swoje zastępy aniołów, ale zły duch też ma swoje zastępy demonów, aby nas dręczyć i zniewalać. Dlaczego człowiek uzależnia się? Bo tęskni za miłością i podstawą uzależnień zawsze będzie deficyt miłości.

Często powodem uzależnienia jest brak miłości, grzech, brak relacji z Bogiem… Co jednak, kiedy człowiek z jednej strony jest blisko Boga , a z drugiej wchodzi w uzależnienie czy inne zaburzenie psychiczne?

Może czasami życie duchowe spłycić się do praktyk religijnych, a jeżeli rozpływa się życie duchowe to powinno się je odbudować, ponieważ to może być tylko pozorna wiara. I trzeba popatrzeć na swoją hierarchię wartości, czy np. praca nie zajęła miejsca relacji, rodziny, Boga. Czy nie stała się bożkiem.

Jednak jak człowiek już popadnie w alkoholizm czy inne uzależnienie może zrodzić się w nim poczucie, że przegrał w swoim życiu, ze jest już na straconej pozycji. Czy z tego zła, którym jest uzależnienie, może wyniknąć jakieś dobro?

Tak. Z jednej strony trzeba człowiekowi pokazać, że to, co zaistniało jest trudną sytuacją, ale z każdej sytuacji jest wyjście, jeżeli chce się z tego wyjść. To pragnienie zmiany jest najważniejsze, bo zmiana dokonuje się w czasie i czasami trwa długo, ale najważniejsze jest to pragnienie. Pragnienie jest motywacją. A sukces w osiemdziesięciu procentach składa się z motywacji, czyli z pytania „dlaczego to robię”, a tylko w dwudziestu procentach „jak to robię”. To Jezus pyta, czego pragniesz: „Co chcesz, abym Ci uczynił?”. A siła pragnienia, która prowadzi do zmiany, wynika z siły cierpienia. Siła cierpienia jest największą siłą do zmiany. To Jezus pokazał, jak użyć siły cierpienia do zbawienia –to ogołocenie, ból psychiczny i fizyczny, razem z Jego : „Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?” On zmienił to na siłę zbawienia, czyli i w naszym wychodzeniu z nałogów, naszego cierpienie najlepszym mistrzem będzie Jezus, który zmierzył się z cierpieniem i przezwyciężył je.

Czy zawsze człowiek będzie dźwigał ten ciężar uzależnienia?

Jeżeli chodzi o alkoholizm to zawsze, w innych przypadkach także mogą zdarzać się nawroty, skłonność do ponownego wpadnięcia w stare bagno.

Czy to nie jest przygnębiająca wiadomość?

Nie, to jest cudowne, bo to mobilizuje mnie do pracy nad sobą, czyli do dążenia do świętości. Zawsze mam nad sobą jakiś „bat”. Tak, jak powiedział św. Paweł; „Dany mi jest oścień dla ciała, […] abym się nie unosił”. I to jest tak jak w przypowieści z paralitykiem, gdy Jezus kazał mu wstać i wziąć swoje łoże. Dla alkoholikiem takim łożem jest alkoholizm. Jestem Waldemarem alkoholikiem. Po co mamy wziąć swoje łoże? Możesz odrzucić to łoże, ale wtedy przestajesz być ostrożnym. Obsesję jedzenie, obsesję picia Bóg wyrzuci z człowieka, ale ten zły duch dalej będzie wokół niego krążyć. I wróci z mocniejszymi, aby uczynić większe spustoszenie, ponieważ on dalej szuka sposobów na człowieka. I będzie robił wszystko, aby zniszczyć człowieka.

Czyli najbardziej niebezpieczna w ponownym popadnięciu w uzależnienie jest pycha?

Tak, przeżyłem to, więc wiem, co to znaczy. Miałem nawrót choroby po dziesięciu latach. Stworzyłem program rekolekcji, byłem ich inicjatorem, prowadziłem je. Byłem człowiekiem, który dużo robił na zewnątrz i zaniedbałem swoje zdrowie. W międzyczasie przestałem pracować z drugim człowiekiem, stałem się przedsiębiorcą, założyłem własny biznes. Sprzedawałem sprzęt telekomunikacyjny i pojawiły się bankiety zakrapiane alkoholem. I tak zaczęła się moja droga powrotu do alkoholizmu, aż w końcu zbankrutowałem. Miałem okres bardzo głębokiego picia tak, że myślałem, że się zapiję. Pan Bóg nauczył mnie przez to pokory. W swoim zapiciu nie miałem już żadnej motywacji do powstania, tak ogromną czułem pustkę.

Jednak przecież wcześniej Pan miał już doświadczenie wydźwignięcia przez Boga z nałogu…

Nie miałem wtedy takiego myślenia, bo człowiek w alkoholizmie zapija wszystkie wartości – relacje, godność, itd. I wtedy przeżywa straszną pustkę i cierpienie, poczucie, że życie jest bez sensu i wtedy przychodzą tylko myśli, aby się zabić. Przeżywałem okropne rzeczy. Do mnie nikt nie docierał. Przyjeżdżali różni ludzie, aby mi pomóc, ale nic do mnie nie docierało, bo żyłem w takim poczuciu żalu do całego świata. Wszystko mi się waliło. Wszystko się rozwaliło i nie miałem żadnej motywacji do dalszego życia. Piłem tylko po to, aby się zapić. Gdy jednego dnia leżałem w takiej beznadziei wziąłem książkę telefoniczna i tam był zapisany ojciec zakonny, który był dyrektorem jednego domu rekolekcyjnego. Jedyną moją motywacją podniesienia z tego, była tęsknota za Bogiem, który dał mi doświadczyć swojej miłości, Kiedy byłem tak szczęśliwy w jego obecności. Boża dobroć i ta tęsknota do niego była jedyną motywacją. I wtedy wziąłem telefon, zadzwoniłem i powiedziałem krótko: „Staszek ratuj, bo się zapiję na śmierć. Ja umieram”. I mam głęboką świadomość tego, że to byłem w tak głębokiej fazie uzależnienia, że tylko ta tęsknota za Bogiem mnie uratowała. Pojechałem tam i dużo czasu spędziłem w klauzurze, a potem znowu od nowa trzeba było wszystko budować. Było to bardzo trudne, ale było warto. To mnie nauczyło pokory względem choroby, że ona jest niebezpieczne i przychodzi znienacka. Że jeśli człowiek zaniedba życie duchowe to choroba wróci.

Czyli Pan doświadczył tego, co jest napisane w Piśmie Św.: „Diabeł, jak lew ryczący krąży, szukając kogo pożreć…”

Tak, i „mocni w wirze przeciwstawiajcie się jemu…”. Wiele osób potem mi mówiło, co mogę mówić o alkoholizmie, a ja odpowiadałem, że mogę, bo sam byłem alkoholikiem, mogę, bo rozumiem to cierpienie, mogę, ponieważ wiem, jak potrafisz kłamać, bo tez tak kłamałem jak ty.

Jak Pan myśli, co przez te wszystkie nasze uzależnienia i słabości Bóg chce nam powiedzieć?

Tęsknie za tobą. Bóg tęskni za człowiekiem. Bóg zrobi wszystko, aby do tego człowieka dojść. Można sobie wyobrazić matkę, która tęskni za dzieckiem, a Boża miłość jest miliardy razy większy. I pyta: „Co mam jeszcze zrobić, aby ci powiedzieć, że cię kocham?”. Bóg swoim Synem udowodnił, jak bardzo nas kocha. Jak chcemy wyjść z głodu miłości to musimy zwrócić się do Niego. I myślę, żea nasze pragnienie pomocy człowiekowi to jest tęsknota Boga, która wlewa się do człowieka. Ja tak to odczuwam. Moje pragnienie pomocy innym jest pragnieniem, które Bóg wlewa we mnie, a ja wcześniej sam doświadczyłem Jego miłosierdzia, Jego działania i wiem, że to żyję, to, że potrafię jakoś kochać, to zawdzięczam całkowicie Bogu. I Bóg mówi, że nie ma takiej nędzy, z której nie byłoby wyjścia.

Rozmawiała Natalia Podosek

Waldemar Krajewski – nawrócony alkoholik, terapeuta, lifcoach, kierownik duchowy.
Więcej informacji o możliwościach terapii osób uzależnionych i cierpiących na zaburzenia psychiczne na: www.krajewskicoaching.pl; jest też możliwość skontaktowania się z p. Waldemarem Krajewskim telefonicznie pod nr.: 782 032 729..

„Boga odrzucałem, ponieważ uważałem, że robi mnie „w wała”

Boga odrzuciłem, ponieważ uważałem, ze robi mnie „w wała” – mówi, że jest miłością, a w życiu mam gnój, dlatego nie chciałem Go. Uważałem, że to jest kolejna osoba, która robi mnie w konia.
Pochodzę z tzw. powszechnie nazywanej, patologicznej rodziny. Moi rodzice się rozwiedli gdy miałem 3 lata, a mama później wchodziła w coraz to nowe związki. W domu było bardzo dużo alkoholu, ponieważ ojczym i kolejni partnerzy mojej mamy byli od niego uzależnieni. Nie odczuwałem w ogóle miłości, ponieważ ojciec mnie nie odwiedzał, a mama nie potrafiła jej okazywać. I było mi ciężko z powodu tych braków, aż do tego stopnia, że jako trzynastoletni dzieciak chciałem sobie odebrać życie.. W końcu podjąłem decyzję o zbuntowaniu się przeciwko takiemu życiu - zacząłem palić papierosy i pić alkohol, a w szkole zawodowej poznałem środowiska kiboli. To środowisko wciągnęło mnie, bo oni mnie akceptowali takiego jakim byłem. To było dla mnie bardzo ważne, ponieważ bałem się zawodówki i rywalizacji, a w tym środowisku poczułem się akceptowany. Pamiętam jak nieraz siedzieliśmy w parku i piliśmy alkohol, a koło nas przechodzili ludzie, którzy się nas bali. Jednak ja czułem się w tym środowisku bezpiecznie – w końcu ktoś mnie akceptował, ktoś mnie szanował, ktoś się ze mną liczył, byli mi jak rodzina, a stadion i ulice miasta domem. Cały czas jednak narastała we mnie agresja. Szczególnie miałem w sercu ogromną nienawiść do mężczyzn, pewnie był to żal z powodu odejścia ojca i tego, że zawsze mi go brakowało. Potrafiłem więc na ulicy zaczepiać facetów, aby prowokować ich do bójki. Patrząc im w twarz czułem jakbym miał przed oczami ojca, któremu chciałem „oddać” za lata nieobecności.

Boga odrzucałem, ponieważ słyszałem o Bogu, który kocha, który jest miłosierny, jest doskonałą miłością, ale to nijak nie pasowało do mojego życia. Poszedłem do bierzmowania tylko na wypadek, gdybym kiedyś potrzebował „papiery” do zawarcia związku małżeńskiego. Tylko dwóch księży ujęło mnie swoim zachowaniem, ale niestety byli oni bardzo krótki czas na parafii. Nie wiem dlaczego, ale księża, którzy mieli coś do powiedzenia młodzieży szybko znikali… Tak więc Boga odrzuciłem, ponieważ uważałem, ze robi mnie „w wała” – mówi, że jest miłością, a w życiu mam gnój, dlatego nie chciałem Go. Uważałem, że to jest kolejna osoba, która robi mnie w konia: ojciec mnie zrobił w konia, mama mnie zrobiła w konia, a także inni dorośli, którzy obiecywali, a nie dotrzymywali swoich obietnic. Z tego powodu jak przyszedł jakiś dorosły i chciał mi pomóc to miałem w głowie takie założenie, że jak wytrzyma ze mną trzy miesiące, to pozwolę mu na pomaganie sobie i zaufam mu, ale mało kto wyszedł zwycięsko z tej „próby”. Wtedy stwierdzałem, że to następny frajer i dalej środowisko było dla mnie najważniejsze.

Mimo tego, że byłem w tym środowisku i wydawało mi się, że jest względnie dobrze, nadal miałem swoje marzenia. Takim najważniejszym było założenie kochającej się rodziny i chciałem być jej głową: mężem i ojcem, który nie zostawi swoich dzieci. Tylko, że cały czas jednocześnie wiedziałem, że alkohol popsuł mi trochę życia i okłamywałem się, że jak poznam odpowiednia dziewczynę, to przestanę pić. I w końcu ją poznałem, ale pól roku później poszedłem na dwa lata do wojska, w którym to pod koniec służby pobraliśmy się. Chciałem zrealizować swoje marzenia, lecz ciągle nie udawało się. Nadal miałem ciągi do alkoholu i dużą dawkę agresji, a najgorsze było to, że sama silna wola nie wystarczała – nie byłem w stanie tego przeskoczyć.

I zmagając się z różnymi przeciwnościami po trzech latach małżeństwa chciałem się rozwieść - nie radziłem sobie z dziećmi, nie radziłem sobie z dorosłością i w końcu nie potrafiłem wziąć na siebie odpowiedzialności. Moja żona tez się wściekała mówiąc, że nie tak sobie wyobrażała swoje młode życie. I wtedy z przerażeniem uświadomiłem sobie, że uciekłem w małżeństwo od mojej rodziny. Doszła do mnie prawda o tym, że robię dokładne to samo, co moi rodzice, powielam ten wzór i nie potrafię sam zrealizować swoich marzeń. W przypływie desperacji stwierdziłem, że jestem skażony rodzinnie i widocznie to już tak musi być, i moje dzieci też się będą rozwodzić.

Wtedy przyszedł do mnie mój młodszy brat. Miał wtedy osiemnaście lat, siedział koło mnie. On już wyprowadził się od nas w wieku osiemnastu lat – wszyscy gdzieś uciekaliśmy z domu. I tego dnia oglądaliśmy program o aborcji, a ja miałam wtedy trójkę małych dzieci, które często płakały, co powodowało we mnie ogromną nerwowość. Oglądając ten program powiedziałem: „Gdybym wtedy o tym wiedział, to byśmy pousuwali ciąże i mielibyśmy tylko jedno dziecko i byłby spokój”. A mój brat powiedział wtedy słowa, które ogromnie mnie zezłościły, że Bóg kocha każde dziecko i żadnym rozwiązaniem nie jest zabijanie, a ja na to: „Jaki Bóg, ten, który jest miłością? A gdzie Darek nasze życie, gdzie ten gnój, który jest w naszym w życiu? Nawet jeżeli Bóg jest, to ja muszę radzić sobie sam w życiu i radzę sobie”. Powiedziałem to, mając jednocześnie świadomość, że sobie nie radzę… Na zewnątrz zawsze udawałem twardziela, chodziłem na stadion, gdzie grałem „silnego”, a potem jak przychodziłem do domu to płakałem, wyłem do poduchy. W życiu bym się do tego nie przyznał…. Pamiętam jak raz w wojsku miałem taką zadymę, że dostałem mocno po głowie, i będąc pijanym rozpłakałem się przed kolegą, a on stwierdził, że jestem frajerem, że płaczę, wiec później już nigdy nie przyznawałem się do swojej słabości, jak myślałem wtedy o takim uczuciu, teraz wiem, że mężczyźni także potrafią płakać. Jednak mój brat nie zniechęcił się moja odpowiedzią i zaprosił mnie na spotkanie wspólnotowe, a ja stwierdziłem, że w sumie to mogę pójść. I wtedy on powiedział takie słowa, które sprawiły, że się z tego nie wycofałem: „Przyjdź, „ale pamiętaj, że będzie ktoś, kto będzie robił wszystko, abyś nie przyszedł”. Jak na moje pytanie „kto taki” odpowiedział, że to jest Szatan, to już nie na żarty się przestraszyłem, że jest w jakieś sekcie i powiedziałem: „Darek, jak ja mówię Ci, że będę to będę”. Dla mnie przyjście na to spotkanie było takim potwierdzeniem przed samym sobą, że panuję nad swoim życiem, kiedy wewnątrz czułem, że w ogóle nie mam nad nim kontroli. I w środę przed spotkaniem nerwowo chodziłem po mieszkaniu z pytaniem: „Co mam robić?”. Jakoś na maksa nie chciałem tam iść, jednak dałem słowo i nie chciałem się wycofywać…

Na tym spotkaniu wszyscy mówili do mnie „Dobrze, ze jesteś, miło cię widzieć”, a ja pomyślałem że pewnie podstawił ich Darek, aby właśnie było mi miło . Jednak się uspokoiłem, że to nie jest sekta, bo spotkanie odbywało się w kościele i był tam też ksiądz. I pomyślałem, że w sumie nic mi nie szkodzi jak przyjdę za tydzień, ale nic Darkowi nie powiem i zobaczymy, czy tak samo będą mnie witać. Zrobiłem tak, jednak oni przywitali mnie w taki sam sposób i wtedy zacząłem myśleć o tych ludziach , jako o innych. Ciekawe, że ostatnio dowiedziałem się, ze w hebrajskim słowo „święty”, znaczy „inny” i Bóg jest taki „inny”… Zacząłem chodzić na te spotkania, aby odpoczywać od życia, przychodziłem i siadałem z tyłu, ale nie modliłem się. Jednak to była taka oaza w moim życiu, tam przychodziłem i myślałem nad swoim życiem, że sobie nie radzę, myślałem o kumplach, stadionie, o wartościach, którymi kierowałem się w życiu. I w pewnym momencie zacząłem pytać się brata, o co z tym Chrystusem, kim on jest, a on mi opowiadał o tym, że Jezus za mnie oddał życie. Jednak dla mnie było to dość „słabe”, bo wtedy jeszcze nie rozumiałem tego, jak ktoś, kto żył dwa tysiące lat temu mógł za mnie oddać życie Jednak był moment, kiedy zapragnąłem być taki sam, jak oni. To było pragnienie, aby mieć w sobie taki spokój jak oni. Bo oni mieli inne twarze w porównaniu do tych, które dotychczas widziałem, jakieś takie święte, inne… I ja tak chciałem żyć. I wtedy zapytałem Darka, co mógłbym zrobić, aby tez w sobie mieć ten pokój, a mój brat powiedział krótko, abym oddał Jezusowi swoje życie: „Oddam, ale co z tym całym dziadostwem, które już narobiłem w życiu?”. A on na to, że Chrystus już mi wybaczył i że On to już za mnie pozałatwiał. Po tej rozmowie w drodze do domu ze spotkania pierwszy raz szczerze się pomodliłem: „Boże, jeżeli jesteś, to Cię przepraszam za wszystkie moje grzechy i oddaję Ci swoje życie i chcę byś został Panem i Zbawicielem mojego życia”. I to było wszystko. Jednak pierwszy owoc oddania życia Jezusowi pojawił się już trzy dni później, kiedy mój szwagier przyszedł i zapytał, co się stało, bo od trzech dni nie przeklinam, a wcześniej kląłem jak szewc. I to było nieprawdopodobne. Drugim owocem był moment, kiedy przeprosiłem żonę za to, że ją uraziłem, a wcześniej nigdy tego nie robiłem, a ona zapytała „co ci się stało, że mnie przepraszasz?”. W międzyczasie wyjechałem też na trzy tygodnie do pracy do Niemiec i gdzieś mi się to tam w głowie układało. Przestałem wtedy myśleć o rozwodzie. Przestałem być także agresywny. Miałem jedną sytuację, kiedy przechodziłem koło baru i zaczepił mnie pijany mężczyzna. Kiedyś takiego „gościa” lałbym ile wlezie, a wtedy powiedziałem, aby mnie zostawił. On jednak nie chciał ustąpić. Pamiętam, że go przewróciłem, starając się, aby nic mu sienie stało w głowę, mówiąc: „Ty sobie tu leż, a ja ucieknę”. Jednak nie uciekałem dlatego, że się bałem, ale dlatego, ze nie chciałem się bić. I to dało mi ogromną radość, że nie muszę sie bić, że nie muszę nienawidzić ludzi. To była ogromna przemiana w moim życiu. To było dla mnie czymś wyjątkowym, że potrafię przeciwstawić się złu i w dodatku jestem z tego dumny.

Po tym wydarzeniu zacząłem „gadać” z Panem Bogiem o wszystkim, co się we mnie dzieje. Na przykład mówiłem mu o papierosach, że lubię fajki: „Panie Boże, ja wiem, że nie powinienem palić ale ja lubię fajki i jeżeli chcesz, abym przestał palić to musisz mi zabrać chęć do tego”. I W Sylwestra On „zabrał” mi fajki. I tak już prawie od dwudziestu jeden lat nie palę. Potem przyszło pragnienie, aby nieustannie modlić się za dzieci, które były w jakiś sposób uwikłane w patologię. Taka młodzież bardzo ciążyła mi na sercu, bo przecież kiedyś podobnie miałem. Chciałem nieustannie się za nią modlić, ale nie wiedziałem, jak to zrobić i wtedy Bóg dał mi myśl, aby podjąć abstynencję w intencji tych dzieciaków. I ja się wtedy na to zdecydowałem. I to wszystko było czymś niesamowitym – rozmawiałem z Bogiem, On mnie wysłuchiwał, a w moim sercu w końcu pojawił się pokój. Potem Bóg zaczął układać moje relacje rodzinne z mamą i ojcem, którym mogłem wszystko wybaczyć już jako dorosły mężczyzna. Te największe przemiany trwały pół roku i to było dwadzieścia jeden lat temu. To wszystko się działo nieprawdopodobnie szybko i w końcu udało mi się zacząć realizować marzenia. W końcu na nowo pokochałem żonę, dzieci już mi tak nie doskwierały, miałem do ich inny stosunek, zrozumiałem, że one są dla mnie błogosławieństwem.

Jednak pomimo tego, że przebaczyłem mamie, przebaczyłem tacie, to bardzo długo nie byłem w stanie zaakceptować swojego dzieciństwa, nie rozumiałem tego, że tak było po coś. Nie widziałem żadnego sensu w tym, że takie rzeczy przeżyłem i dopiero dziesięć lat temu zacząłem powracać do mojego dzieciństwa i stanąłem przed Bogiem, mówiąc Mu: „ Akceptuję. Nie rozumiem, dlaczego to się wydarzyło, ale ufam, że po coś to się stało i dziękuje, ze teraz mam inaczej”. I gdy zaakceptowałem to swoje dzieciństwo to nagle zacząłem modlić się za młodych ludzi. Praca z trudną młodzieżą była konsekwencja mojej akceptacji. I na początku modliłem się z żoną za młodzież z naszego miasta, potem zacząłem prosić Boga, abym mógł im o Nim opowiedzieć. Głównie o tym, że jeżeli mają „przerąbane” w swoim życiu to może się to zmienić. I jak wylądowałem na pierwszej operacji na kolano i miałem dużo czasu to zostałem zaproszony do liceum, aby poopowiadać o Bogu. Mnie jednak cały czas leżała na sercu zawodówka, do której sam chodziłem, stara Befama. I wtedy zacząłem modlić się za Befamę, o te najtrudniejsze środowiska, te odrzucone przez dorosłych. I w czasie tej modlitwy dostawałem różne słowa, a w szczególności takie: Nie bój się, nie lękaj, będę z Tobą, nie martw się, co masz mówić”. Nie wiedziałem jednak wtedy po co. I jakiś czas później zaczęła się niesamowita dla mnie sytuacja. Przechodziłem akurat koło Befamy i zacząłem się modlić, a w sercu usłyszałem: „Dość modlitwy! Najwyższy czas coś zrobić!”. I wtedy pojawił się taki dialog w Duchu Świętym: „Co mam zrobić? - A Co chcesz zrobić? - Chcę młodzieży powiedzieć, że jest Bóg, że mogą Mu ufać. - To idź i im mów o tym”. Poszedłem. Trafiłem do katechety, który zapytał krótko, czy chcę wejść na lekcje. Chciałem. I dwie minuty później mówiłem swoje świadectwo. A później okazało się, że ten katecheta był miesiąc wcześniej u brata ze wspólnoty i zapytał go, czy mógłby ktoś przyjść od nas ze wspólnoty i powiedzieć jakieś świadectwo nawrócenia. I katecheta był przekonany, że on mnie posłał.

To był pierwszy kontakt z trudniejszą młodzieżą. Chodziłem tam cztery miesiące, bo pamiętałem swoje „trzy”, które dawałem dorosłym. Później poszedłem do ośrodka socjoterapii. Pierwsze zapytałem się dyrektorki o możliwość, zachęcony doświadczeniem z Befamą, a potem z ludźmi ze wspólnoty chodziliśmy tam trzy lata – raz w tygodniu spotykać się, rozmawiać o życiu, rozmawiać o Panu Bogu. A że Pan Bóg ma poczucie humoru to świadczy o tym fakt, że w końcu posłał mnie jakieś 5 lat temu do ośrodka uzależnień dla młodocianych „Nadzieja”, a ja nie cierpiałem narkomanów, lecz kiedy poznałem dzieciaki z ośrodka, to z jakimi problemami się borykają i dlaczego wpadają w narkotyki to pokochałem tą młodzież. I teraz ze wspólnoty prowadzimy tam ewangelizację. I teraz mogę im dawać obecność, której mnie brakowało…

Największym doświadczeniem miłości i obecności Boga jest moje małżeństwo. Przechodziliśmy swoje trudności w małżeństwie i gdyby nie Pan Bóg, gdyby nie rozmowy z Nim, to ono by dzisiaj nie istniało, a nasza rodzina byłaby taka jak wiele innych. Pamiętam jedną bardzo żarliwą rozmowę z Panem Bogiem o moim życiu, o moim małżeństwu, jak kochać, gdy jest więcej wad niż zalet, co zrobić, aby wytrwać mimo wszystko. I wtedy, gdy byłem tylko ja i Bóg mogłem na nowo „przerobić” przysięgę małżeńską, rezygnując z własnych oczekiwań i widząc żonę, która wybacza mi wiele rzeczy, która mnie akceptuje, i wtedy zobaczyłem w niej Bożą miłość. I to jest dla mnie niesamowite, że żona trwa przy mnie, że dzieci, będąc już dorosłe przychodzą do mnie i mówią, ze mnie kochają i dlatego wiem, że Bóg istnieje. I wiem, że chcę trwać w małżeństwie, bo Bóg się nie myli i dał mi najlepszą żonę, jaką mógł mi dać. Obdarzył nas nowym uczuciem miłości, bardziej dojrzałym. I teraz chcę podejmować wszystkie decyzje w Nim. Czasami jest trudno w życiu, przychodzą doświadczenia – np. nasz zięć w tym roku prawie nie stracił życia, a jednak mimo tego teraz możemy siedzieć i stwierdzić, że chociaż kończy się rok pełen doświadczeń, to nadal trwamy razem i jesteśmy w największej przyjaźni w jakiej kiedykolwiek byliśmy. Przytoczę na koniec jeden z tekstów ulubionej mojej kapeli, które odzwierciadlają to jak żyję: „A we mnie samym wilki dwa, oblicze dobra oblicze zła, walczą ze sobą nieustannie, wygrywa ten którego karmię” dlatego też jesteśmy z żoną członkami tej katolickiej wspólnoty Przymierza „Miasto na Górze” w której poznaliśmy Pana Jezusa, do dziś aby mieć możliwość karmienia tego dobrego wilka. Chwała Panu!

Bogdan „kryzys” Krzak, lat 45, mąż i ojciec czwórki dzieci oraz dziadek 2 wnucząt
Oprac. Natalia Podosek