KATOLICKA ODNOWA W DUCHU ŚWIĘTYM SOCHACZEW - BORYSZEW
ZAPRASZAMY na warszaty małżeńskie, które odbędą się w niedzielę 01.12.2019 r. w parafialnym Kościele MBNP w Boryszewie o godz. 15.00. Kontakt: 793 719 425
ZAPRASZAMY wszystkich zainteresowanych na spotkania Odnowy w Duchu Świętym, które odbywają się w każdy czwartek w parafialnym Kościele MBNP w Boryszewie o godz. 18.00. Kontakt: 793 719 425
- ZAPRASZAMY na Mszę Świętą z modlitwą o uzdrowienie. Msza odbędzie się w niedziele 12 stycznia 2020r. w parafialnym Kościele MBNP w Boryszewie o godz. 18.00. -ZAPRASZAMY-

ARTYKUŁY


Marc Rastoin SJ                                    SZUM z NIEBA

Uwaga: Małżeńska korozja!

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że współczesne małżeństwa żyją pod dużą presją. Agresywny tryb życia wymusza równoległe zaangażowanie w wiele spraw, więc mąż i żona spędzają ze sobą mało czasu. Poświęcają się pracy, dzieciom; dni mijają, a małżonkowie widują się tylko w przelocie. Po kilku latach dochodzą do wniosku, że niewiele już ich łączy. Czy można było temu zapobiec?

Współczesna kultura uczy nas koncentrowania się na sobie i mówi nam, że człowiek, aby był szczęśliwy – musi się realizować. Można by to podsumować dwoma postulatami: „Szczęście jest w twoich rękach, więc go szukaj. I nie odmawiaj sobie przyjemności”. Natomiast nikt nas nie uczy, jak żyć z doświadczeniem frustracji lub jak przeżywać czas cierpienia. A zdarzają się przecież w życiu małżeńskim takie okresy, że musisz dawać więcej niż otrzymujesz, bo żona jest przewlekle chora albo mąż przeżywa poważne trudności w pracy. W takiej sytuacji niektórzy bardzo szybko się poddają – nie potrafią znosić długotrwałego cierpienia, więc odchodzą. Czy jest coś, co mogłoby im pomóc?

Każda trudna sytuacja wymaga spojrzenia na nią z boku. Na przykład warto wyjechać na rekolekcje małżeńskie i przyjrzeć się swojemu życiu – co należałoby w nim zmienić, skoro źle się dzieje. Jak spędzać więcej czasu razem: zmienić pracę, ograniczyć etat? A może zmienić wspólnotę, do którego należymy, lub parafię, bo w obecnej nie znajdujemy duchowego wsparcia? Potrzeba nam tego czasu spędzonego na osobności, żeby zobaczyć, jakich zmian wymaga nasze życie, abyśmy nie oddalili się od siebie. Dlatego pary powinny przynajmniej raz na pięć lat poświęcić jeden weekend na rekolekcje – to nie jest dużo, a może stać się początkiem wielkiej zmiany.

Brak komunikacji

Jestem pewny, że jedną z przyczyn rozwodów jest brak przekonania, że małżonkowie za wszelką cenę będą walczyć o swoje małżeństwo i o jego jakość. Praktyka poradnictwa małżeńskiego pokazuje, że oboje latami ignorują to, co ich nie satysfakcjonuje w życiu rodzinnym, więc niczego nie zmieniają i płyną z prądem. Aż nagle (po 7, 10, 12 latach!) dochodzą do wniosku: „Nie układa nam się już najlepiej, chyba nie byliśmy dobrze dopasowani…”. Dopasowani?! Do czego? Po prostu pozostawili sprawy własnemu biegowi i nie dbali o swoją miłość. Owszem, teraz jest już między nimi głębokie rozdarcie, ale tylko dlatego, że każde z nich zorganizowało sobie życie bez drugiego – bez czułości i zaangażowania w jego sprawy.

Wiele par nigdy by się nie rozwiodło, gdyby zaczęło w którymś momencie zastanawiać się, co w ich życiu wymaga zmiany. Mąż przestał widywać żonę, ponieważ zbyt wiele pracował. Żona całymi dniami pozostawiona samej sobie skupiła się na dzieciach i domu, więc odsunęła się od męża. I nie był to jeden grzech, jeden moment, który zaważył na ich życiu, ale... brak komunikacji. Nie powiedzieli sobie o tym odpowiednio wcześnie, by zdążyć zareagować – a to jest, moim zdaniem, największe niebezpieczeństwo!

Bierność

Nie możemy pozwolić, by populizm decydował o naszym życiu małżeńskim. Więź małżeńska jest krucha, ponieważ jest oparta na wolności – to cud, tajemnica i sakrament. Wybrałeś kogoś, pokochałeś, poślubiłeś i odtąd jesteś z nim jednością! Więź rodzica z dzieckiem jest naturalna i tak silna, że cokolwiek dziecko by nie zrobiło – kradło, oszukiwało, biło – matczyna miłość nigdy nie wygaśnie. Gdyby jednak tego samego dopuścił się mąż… no cóż. Miłość małżeńska jest w tym aspekcie bardziej krucha – to prawdziwy cud trzyma ludzi razem.

Nawet pary katolickie nie zdają sobie często sprawy, że aby małżeństwo „działało” – potrzebują modlitwy, czasu spędzanego razem i podejmowania radykalnych decyzji. Wydaje im się, że skoro oboje są katolikami i oboje mają ten sam system wartości, to reszta ułoży się sama. Nie ułoży się – nad małżeństwem trzeba pracować, chronić czas dla siebie nawzajem, czasem nawet trzeba zawalczyć o swoją miłość. Małżeństwo to coś bardzo delikatnego, co wymaga od nas mądrej aktywności – bierni przegrywają.

Mizerne oczekiwania

Podczas spowiedzi słyszę: „Ja nie zdradzam męża, mąż nie zdradza mnie, czasem tylko opuszczamy Mszę Świętą. Ogólnie jest w porządku”. Ale „w porządku” to trochę za mało, żeby zbudować szczęśliwe małżeństwo! Zadaję więc pytanie: „Czy sądzisz, że twoja więź z mężem mogłaby być mocniejsza?”. Oczywiście zawsze pada pozytywna odpowiedź. „To w takim razie – co robisz w tym kierunku?”.

Jeśli małżonkowie chcą być jednością – muszą zawalczyć o wiele więcej! Muszą do maksimum wykorzystać ten dar, który dał im Bóg w sakramencie małżeństwa! To ich zadanie i zobowiązanie, jakie zaciągnęli przed Nim w momencie zawarcia małżeństwa. Małżeństwo nie ma być „w porządku” – to zaledwie program minimum. Oczekuj o wiele więcej od swojego małżeństwa: ono może być wspaniałe, pełne jedności, dzielenia się, podobnych aspiracji, zaangażowania. Dzieci muszą widzieć, że wasza miłość nadal żyje, to dla nich bardzo ważne! Z tego czerpią poczucie bezpieczeństwa, bo wiedzą, że kochający się rodzice nie rozwiodą się.

Niezauważalna korozja

Święty Paweł pisał w 1 Liście do Koryntian: „Żona nie rozporządza swoim ciałem, lecz jej mąż; podobnie też i mąż nie rozporządza własnym ciałem, ale żona” (por. 1 Kor 7, 4). A ilu współczesnych mężów wierzy w to, że małżeństwo wymaga wzajemnych poświęceń? Przywykliśmy do tego, że żona dla dobra rodziny poświęca się i rezygnuje z własnej kariery zawodowej – ale zapomnieliśmy, że to powinno działać w obie strony…

Rozmawiałem ostatnio z pewnym czterdziestolatkiem, któremu zaproponowano awans – bardzo prestiżową posadę związaną z ogromną pensją. Miał zostać dyrektorem finansowym IBM na Europę i przez 2-3 lat jeździć po różnych krajach, a później zasiąść w radzie finansowej korporacji. Słuchałem go przez kilka minut, kiedy podawał różne za i przeciw w rozeznaniu tej oferty, aż w końcu zadałem pytanie: „A co twoja żona myśli o tej propozycji?”. Spojrzał na mnie zaskoczony... A ja na to: „Przecież to jest najważniejsze pytanie! Bo albo powie ci: «Już i tak rzadko cię widuję i dzieci za tobą tęsknią. A teraz nie będzie cię w domu praktycznie przez 3 lata? Nie damy rady żyć w ten sposób» – i to rozwiązuje całą sprawę. Albo powie ci: «Dwa lub trzy lata? W porządku, dzieci są jeszcze małe, poradzę sobie sama. Tyle czasu jestem w stanie poświęcić, jeśli jesteś pewien, że dzięki temu potem będziemy mieli spokojniejsze życie. Myślę, że dam sobie radę». Ale przede wszystkim to jej powinieneś wysłuchać, czy twoje małżeństwo i twoja rodzina jest w stanie przetrwać te 2-3 lata. I, co równie ważne – czy jesteś pewien, że to będą 3 lata, a nie 4?”.

Jestem głęboko przekonany, że każda para chrześcijańska jest w stanie pokonać różne wyzwania i próby – nawet przejść pieszo przez Saharę – ale… potrzebuje terminu końcowego. Jeśli mąż mówi do żony: „Zaproponowano mi pracę w Londynie na 5 miesięcy. Co ty o tym myślisz?” – a oboje to przemodlą i rozeznają, że są w stanie tę rozłąkę udźwignąć – dadzą sobie radę bez uszczerbku na ich małżeństwie. Podobnie w obliczu ciężkiej choroby jednego z nich lub awansu wymagającego spędzania wielu godzin w pracy. Jeśli przegadają sprawę i zadecydują wspólnie, że podejmą ten ciężar – będą w stanie przejść przez wodę i ogień, a to ich nie rozdzieli.

W praktyce, niestety, najczęściej dzieje się tak, że… terminu końcowego nie ma. Słyszę wtedy od mężczyzn: „Trochę więcej pracuję w ostatnich tygodniach. Ale za kilka miesięcy to się jakoś ułoży”. Tyle, że za kilka miesięcy nic się nie zmienia, a dystans pomiędzy małżonkami rośnie. Wszystko to dzieje się w sposób niedostrzegalny – mąż coraz dłużej pracuje, żona z każdym dniem mniej z nim rozmawia, dzieci coraz rzadziej widują tatę. Po dwóch latach oboje uświadamiają sobie, że niewiele ich łączy i zastanawiają się, w którym momencie przestali się kochać. A złożyło się na to mnóstwo małych zakłóceń jedności małżeńskiej, stopniowe, niezauważalne obniżenie jakości ich więzi. I to jest największy wróg każdego małżeństwa! Bo największym niebezpieczeństwem nie jest to, że mąż zakocha się w swojej sekretarce – zakochanie to nie problem! Oczywista pokusa występująca w konkretnym czasie to coś, z czym chrześcijanin sobie poradzi. Ale z podskórnym procesem korozji jedności i z brakiem komunikacji – wiele par sobie nie poradzi, bo go nie zauważy dostatecznie wcześnie...

Marc Rastoin SJ

Wiara mojego dziecka



Duchowość, Rodzina, Małżeństwo, Kościół

Młodym rodzicom często wydaje się czymś oczywistym, że ich dziecko będzie w przyszłości myślało tak jak oni, przejmie ten sam system wartości, będzie dobrym chrześcijaninem, katolikiem. Mija kilkanaście lat i zdarza się, że rodzic nastolatka słyszy od niego zdecydowaną deklarację: "Nie chcę chodzić do kościoła. Nie wierzę w Boga". W ostatnim czasie w moim środowisku bardzo często spotykam się z sytuacją, kiedy dorastające lub dorosłe dzieci wierzących rodziców odchodzą od Kościoła lub co najmniej dystansują się od niego. Za każdym razem pojawia się pytanie: dlaczego?

Za każdym razem dostrzegam też cierpienie rodziców stwierdzających, że dziecko kieruje się w życiu innymi wartościami niż te, które są ważne dla nich. Doświadczają wówczas smutku, poczucia winy, złości, lęku, bólu… Zastanawiają się, gdzie popełnili błąd, w czym zawiedli, co zrobili źle. Nie zawsze odpowiedzialność leży po ich stronie, ale warto mieć świadomość, że relacje dziecka z rodzicami mają bardzo silny wpływ na kształtowanie się jego relacji z Bogiem. Jak zatem budować wiarę w swoim dziecku, aby po latach nie doświadczać rozczarowania? Spróbujmy przyjrzeć się kilku kwestiom, pamiętając, że nie ma stuprocentowych gwarancji, gdyż każdego z nas, także nasze dzieci, Pan Bóg obdarzył darem wolności.

Wołanie o więzi

Podstawową rzeczą jest jakość więzi dziecka z rodzicami. Autor książki Twoje dziecko potrzebuje ciebie, Ross Campbell, pisze: "Bez mocnej opartej na miłości więzi z rodzicami dziecko reaguje na ich wskazówki złością, urazą, wrogością. Uważa prośby czy polecenia rodziców za "czepianie się" i stara się im sprzeciwiać. W drastycznych przypadkach dziecko zaczyna reagować na każdą prośbę rodziców tak wrogo, że jego ogólny stosunek do rodziców (a następnie wszystkich autorytetów, w tym i Boga) zaczyna polegać na robieniu wszystkiego właśnie na odwrót, na przekór temu, czego się od niego oczekuje". Dlatego też zadbanie o budowanie pozytywnej relacji rodziców z dzieckiem jest punktem wyjścia dla rozwoju jego relacji z Bogiem. Podstawowe potrzeby psychiczne dziecka to: miłość, bezpieczeństwo, przynależność, akceptacja. Aby zostały one zaspokojone, rodzic powinien świadomie kształtować system wychowawczy, który stosuje wobec swojego dziecka - pamiętać o rozumieniu dziecięcych przeżyć, obdarzać ciepłem, miłością, stawiać jasne, czytelne wymagania i być konsekwentnym w uczeniu dziecka odpowiedzialności. U dziecka rozwija się wówczas postawa zaufania, otwartości, wchodzenia w kontakt, co daje mu możliwość odnalezienia się w relacji z Panem Bogiem.

Być autentycznym

Kluczową zasadą wychowawczą jest prawda życia rodziców. Nie da się wychować dzieci w czymś, co rodzicom jest obce i czym nie potrafią żyć na co dzień. Dotyczy to każdej dziedziny życia, a szczególnie widoczne jest w sferze religijnej. Dla dziecka bardzo ważne jest, by mogło widzieć, że rodzice żyją zgodnie z tym, czego od niego wymagają. Modlitwa rodziców, modlitwa rodziny, uczestnictwo w sakramentach, praktykowanie wiary w codziennym życiu pokazują dziecku, że to jest "norma", do której później się odnosi, nawet jeśli przeżywa kryzys wiary, wątpliwości czy bunt. Jeżeli rodzice żyją na serio swoją wiarą, dla dziecka staje się to stopniowo czymś naturalnym, co później realizuje we własnym życiu. Uważam, że jeśli rodzice naprawdę wierzą w Jezusa Chrystusa, to ich dzieci, prędzej czy później, odnajdą w swoich sercach wezwanie do pójścia za Nim. Dla rodziców ważna jest także umiejętność przekazywania dziecku treści wiary, a także świadectwa na temat własnego doświadczenia relacji z Bogiem. W rodzinie musi być czas na rozmowę z dzieckiem o Bogu, o historii zbawienia, o tym, co to oznacza dla naszego dzisiejszego życia.

Zdrowy bunt

Można jednak zapytać: A co, jeżeli nastolatek zdecydowanie ujawnia niechęć do Kościoła czy Pana Boga? Jak reagować?

Po pierwsze, warto pamiętać, że celem okresu dojrzewania jest, między innymi, budowanie przez dziecko poczucia własnej tożsamości oraz uzyskanie autonomii i samodzielności. Dlatego nastolatek musi uzyskać pewnego rodzaju dystans do świata rodziców, aby mógł dookreślić samego siebie. Temu służy tzw. okres buntu młodzieńczego, walka z autorytetami, odrzucanie wartości proponowanych przez dorosłych. Zjawiska te są szczególnie nasilone, jeśli system wychowawczy stosowany przez rodziców jest bardzo restrykcyjny i kontrolujący. Zdarza się czasem, że dziecko nie porusza w rozmowach z rodzicami takich tematów, gdyż boi się mieć inne zdanie, ale w głębi duszy zmaga się z wątpliwościami.

Paradoksalnie więc sytuacja, gdy dziecko ujawnia swój bunt i rozmawia z rodzicami na ten temat, ma w sobie bardzo pozytywne przesłanie, gdyż świadczy o istnieniu dobrej relacji pomiędzy rodzicami a dziećmi i o istnieniu przestrzeni wolności, w której dziecko może swobodnie mówić o tym, co myśli. I tu rodzic staje wobec niełatwej sytuacji, gdyż taka jawna deklaracja rodzi u niego trudne emocje, które czasami prowadzą do bardzo negatywnych reakcji w postaci odrzucenia dziecka, zmuszania do praktyk religijnych, straszenia czy też nadmiernej kontroli i ingerencji w jego życie. Takie reakcje rodziców ujawniają niejednokrotnie ich własny brak dojrzałości, czasem niewiedzę i lęk przed stawianiem trudnych pytań. A przecież droga rozwoju wiary zawsze zawiera momenty zawahań, wątpliwości i kryzysów, z którymi trzeba się zmierzyć. Potrzeba wtedy kogoś, kto umożliwi ponazywanie tych wątpliwości, pomoże znaleźć odpowiedzi na pytania czy też udzieli wsparcia emocjonalnego. I taka jest rola rodzica wobec wątpiącego lub zbuntowanego nastolatka. Jeśli dziecko mówi, że nie będzie chodzić do kościoła lub że nie wierzy w Boga, to znaczy, że ma jakiś problem. Dlatego warto rozmawiać z dzieckiem, by zrozumieć, na czym ten problem polega i jak można mu pomóc. W czasie rozmowy dziecko ma możliwość zobaczyć, że dla rodziców te kwestie są ważne, że im zależy, że chcą pomóc. Nawet jeśli natychmiast nie nastąpi u niego zmiana myślenia czy nastawienia, buduje się zaufanie do rodzica i szansę na zmianę w przyszłości. Pamiętajmy jednak, że taka rozmowa to nie walka na argumenty i siłowe przekonywanie do swoich racji. Powinna być przede wszystkim słuchaniem tego, co mówi dziecko, i dzieleniem się przez dorosłego własnym doświadczeniem. Spokojna rozmowa daje szansę na zmianę, pomaga wyjść ze sztywnych schematów myślowych; nawiasem mówiąc, czasem jest to bardziej potrzebne nam dorosłym...

Dojrzała cierpliwość

Warto może jeszcze spojrzeć na sytuację, kiedy pomimo wszelkich wysiłków rodzicielskich dorosłe dziecko wybiera jednak inny sposób życia, odrzucając proponowany system wartości. Nie jest to na pewno czas, by gwałtownie starać się naprawić ewentualne błędy z przeszłości. To, co rodzic może wówczas zrobić, to budowanie dojrzałej relacji z dorosłym dzieckiem oraz modlitwa za nie. Myślę, że dobrym przykładem jest relacja św. Moniki i jej syna św. Augustyna. Wytrwała modlitwa matki zaowocowała głębokim nawróceniem jej dziecka.

Aby pomóc dziecku w rozwoju wiary, warto zatem – bez względu na jego wiek – pamiętać o elementarnej więzi miłości, uważnym słuchaniu i traktowaniu go z szacunkiem. A nade wszystko należy zadbać o własną relację z Panem Bogiem.

Beata Helizanowicz

Idzie Nowe !

Kryzys wiary i nie tylko.

Dzisiaj często obserwuję w środowisku, w którym przyszło mi żyć, zjawisko odsuwania się ludzi Kościoła katolickiego od wiary. Zdaję sobie sprawę, że na dotychczasowy religijny wymiar życia człowieka wpłynęły w ostatnim wieku wojny a także postęp nauki i techniki, poszerzanie się możliwości życia i przestrzeni wolności indywidualnej, głębokie przemiany gospodarcze, zjawisko migracji oraz mieszanie się ludów i kultur. Mogę z całą pewnością powiedzieć, że w Kościele dostrzegalny jest kryzys wiary, ale także i zjawisko desakralizacji.

Desakralizacja to proces zanikania misterium Boga wewnątrz Kościoła. Dlaczego zanika to misterium? Ponieważ zaczęliśmy "oddawać cześć bożkom narodów sąsiednich". Tak jak naród Izraelski po wyjściu z niewoli, gdy oddawał hołd bogom narodów sąsiednich, doświadczał śmierci, tak samo i my w naszym misyjnym impulsie, jakby chcąc nieść chrześcijańskie orędzie do ludzi już zsekularyzowanych, zaczęliśmy wykorzystywać ich metody i atrybuty wierząc, że w ten sposób zbliżymy się do nich, że nas zrozumieją, że będą nas słuchali. Uważamy, my – katolicy, że używając innych terminów niż oni się posługują, narazimy się na śmieszność. Stąd już mało się słyszy z ambon przepowiadania kerygmatycznego a więcej jest mowy pragmatycznej, moralizatorskiej. Przykładem niech będą coraz częściej używane zwroty do wiernych: Proszę Państwa, Proszę Pani, Pana... zamiast: Bracia, Bracie..., Siostro. Wykorzystuje się do pozyskania wiernych bardzo często naukowe metody socjologiczne i naukę psychologii a ubiera się wszystko to w technikę, bo "inaczej ludzie nie przyznają ci racji", "nie zaangażują się". A jak z nawróceniami...?

Stan posiadania to za mało

Są liczenia wiernych uczestniczących w niedzielnych Mszach Świętych, a także przystępujących do Komunii Świętej. Ich liczba systematycznie obniża się. Stąd działania duszpasterzy w parafii sprowadzają się do utrzymania "stanu posiadania", stąd w parafiach dominuje duszpasterstwo sakramentów a nie duszpasterstwo ewangelizacji. Warto w tym miejscu ukazać inną prawdę, że najwyższy wskaźnik nawróceń mają wspólnoty parafialne, które nie uznają innych technik jak te, które podają Dzieje Apostolskie, tzn. kontakty osobiste, niosąc swoją naukę od domu do domu lub głoszenie, przepowiadanie kerygmatu w zgromadzeniach ludzi. Także osobiste świadectwo życia chrześcijańskiego w autentycznej wspólnocie chrześcijańskiej nie sztucznie, administracyjnie utworzonej lecz wzbudzonej działaniem Ducha Świętego.

Z dystansem do wiary

Problem kryzysu wiary w Kościele (w tym zjawiska desakralizacji, dechrystianizacji) jest dziś bardzo mocno podnoszony przez papieża Benedykta XVI. On to w 2010 roku powołał Papieską Radę ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji. Dzisiaj nowa ewangelizacja - jak pisze i mówi wielokrotnie Ojciec Święty – musi się zmierzyć ze zjawiskiem dystansowania się od wiary, które przejawia się coraz bardziej w społeczeństwach i kulturach, które wydawały się być od wieków przeniknięte Ewangelią. Potrzeba ewangelizować już chrześcijan, którzy nie przeżyli w sposób właściwy katechumenatu.

W ślad za powołaniem Rady ds. Nowej Ewangelizacji, Benedykt XVI zwołał w październiku 2012 roku, poświęcone właśnie temu tematowi tj. nowej ewangelizacji – Zgromadzenie Specjalnego Synodu Biskupów, które obradowało w Watykanie pod hasłem: "Nowa ewangelizacja dla przekazu wiary chrześcijańskiej". Ogłosił także Rok Wiary, który trwać będzie do uroczystości Chrystusa Króla w roku 2013. Ukaże się także zapewne adhortacja papieża Benedykta XVI podsumowująca Synod a dająca impuls do działania wszystkim wiernym w Kościele na kolejne lata.

Nowa ewangelizacja w nowej rzeczywistości

Warto także wiedzieć, że terminu "nowa ewangelizacja" używał bardzo często bł. Jan Paweł II. W nową ewangelizację włączyły się nowe rzeczywistości w Kościele, które jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać po Soborze Watykańskim II. Jedną z nich w Kościele katolickim jest, nie tylko w Polsce, Droga Neokatechumenalna, aktywnie wpisująca się w problematykę nowej ewangelizacji już od ponad czterdziestu lat.

Stąd apel do ludzi Kościoła katolickiego, świeckich a także duchownych (szczególnie proboszczów): otwierajmy się czynnie na nowe formy ewangelizacji, które w Kościele wzbudza Duch Święty i uczestniczmy w nich osobiście!

Czuję, że idzie nowe. Prośmy więc Maryję, Matkę Bożą – Gwiazdę Nowej Ewangelizacji – niech ma w opiece wszystkich włączających się w "nową ewangelizację" w Kościele katolickim.

Zbigniew Stachurski


o. Józef Kozłowski SJ
Nie daj się zachwiać

Chciałbym powrócić do najmniej znanych reguł rozeznawania duchowego – reguł o skrupułach, które pomagają nam rozpoznać sugestie i zachęty naszego nieprzyjaciela. Ogólnie skrupuły określa się jako “widzenie czegoś, co w rzeczywistości nie istnieje”. Jesteśmy kuszeni, by popaść w pewną iluzję, złudzenie i zadręczać się nim lub przeciwnie – usprawiedliwiać swój wewnętrzny nieporządek.


Skrupuły a wyrzuty sumienia

Poprzez prawo naturalnego sumienia Bóg daje mi poznać, co jest dobre, a co złe. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że na drodze postępowania w dobrym będę kuszony do tego, żeby stracić duchową równowagę.

Podam przykład: ktoś zaprosił mnie na spotkanie modlitewne. Ze względu na wielość zajęć w domu nie poszedłem. Czuję teraz niepokój i zamęt w duszy: czy powinienem tam być, czy nie. Wobec tego należałoby wrócić do początku – jaki stan ducha towarzyszył mi wtedy, kiedy padła propozycja pójścia na spotkanie? Czy moja odmowa wynikała z konieczności (ważne obowiązki), czy też z obawy, niechęci, lenistwa lub lęku przed czymś nowym, przed zmianą stylu życia? Jeśli miałem do spełnienia obowiązki wynikające z mojego powołania, stanu życia czy z konieczności wykonania danej pracy – nie będę obarczać swojego sumienia jakimiś niepokojami, nawet jeśli propozycja pójścia na spotkanie była czymś dobrym. Gdyby jednak tak nie było, należy przyjrzeć się bacznie motywom mojej odmowy.

Niepokój sumienia a niepokoje ducha złego

Wiadomo, że duch zły będzie rodził niepokój, abyśmy nie osiągnęli swojego celu. Obrazowo można to nazwać, że będzie “tworzył dym na przedpolu” – żeby człowiek się pogubił. Gdy jadąc samochodem wpadamy nagle w gęstą mgłę – ogarnia nas niepokój. Ma on wprawdzie przyczynę zewnętrzną, ale jeśli człowiek bardzo gwałtownie zareaguje, może spowodować wypadek. Podobnie dzieje się na płaszczyźnie naszych myśli. Podążamy dobrą drogą w naszym rozważaniu, w kontemplacji czy w rozumieniu przedmiotu modlitwy, gdy nieoczekiwanie wpada nam jakaś trudna myśl, która zaczyna drążyć i niepokoić. Przyjmując ją, zaczynamy ten niepokój wchłaniać. Pokój kontemplacji jest już zakłócony, gaśnie radość obcowania z Bogiem na modlitwie. Myśl zaczyna przynosić swój zamierzony skutek. Człowiek pracujący nad sobą w rachunku sumienia odkryje, czy w myśli popełnił grzech niewierności wobec Boga, czy nie. Niepokój pogłębi się jednak, gdy sam będzie siebie oskarżać i budzić w sobie poczucie winy z powodu rzekomej niewierności wobec Boga. Zatarła się różnica między myślą, która została “podrzucona” duszy ludzkiej przez nieprzyjaciela, a odbiorcą.

Jak sobie z tym poradzić? Tutaj należałoby wrócić do jednej z reguł drugiego tygodnia Ćwiczeń, która mówi, żeby badać początek, środek i koniec myśli. Jeśli cel obrany przeze mnie był dobry i nie miałem intencji zmiany go (lub zmiany sposobu dążenia do niego), a myśl, która się przyłączyła w trakcie, właśnie do tych zmian chce prowadzić – oznacza to, że została sprowokowana przez złego ducha. Nie tylko oderwała mnie od słodyczy modlitwy, od przedmiotu kontemplacji, ale także spowodowała, że popadłem w dręczące wyrzuty sumienia. Myśl pochodziła z zewnątrz – wcisnęła się pomiędzy mnie a przedmiot kontemplacji czy rozmyślania. Ważne jest to, co ja z nią zrobiłem. Jeżeli nie przyjmowałem jej, nie chciałem z nią współpracować, to nie ma powodu do niepokoju.

Skrupuły powstające z naszego osądu

Święty Ignacy mówi o nich następująco: te skrupuły wywodzą się z naszego własnego osądu i wolności – kiedy ja sam za grzech uważam to, co nie jest grzechem. Podam przykład: ktoś przechodząc obok kościoła rozmawiał z drugim człowiekiem, nie zrobił znaku krzyża (który zawsze zwykł czynić). Potem dręczy go to wewnętrznie, ponieważ patrzy na to w kategoriach grzechu. Natomiast tu grzechu żadnego nie było. Nie było zaniedbania – był zajęty słuszną rzeczą w rozmowie z drugim człowiekiem. Jeśli jednak będzie rozważał, że powinien zawrócić i przeżegnać się, to w pewnym sensie zacznie zadręczać samego siebie i tracić ducha. A przecież Jezus dał nam Ducha trzeźwego myślenia!

Fałszywa pokora

Istnieje reguła mówiąca o gaszeniu Ducha i Jego natchnień. Opisuje ona sytuację, gdy w człowieku powstaje myśl zrobienia czegoś dobrego, np. na spotkaniu modlitewnym ktoś zachęcany jest do wypowiedzenia słowa proroczego, a zarazem w duszy budzi się mu fałszywa pokora: “Stary, jesteś pyszny, jeśli to wypowiesz. Znowu będziesz błyszczał swoją elokwencją. Niektórzy z obecnych na spotkaniu idą tą drogą już od kilku lat, a ty tylko dwa lata i chcesz się wychylać?”. Widać wyraźnie, że duch zły żeruje na naszej pseudodoskonałości, na niewłaściwym rozumieniu prawdy o nas samych. Tymczasem człowiek uczy się – robiąc. Tak jak dziecko uczy się chodzić chodząc, tak woda oczyszcza się płynąc. Animator zdobywa doświadczenie służąc, pomagając drugiemu tak, jak potrafi. Poza tym nie on człowiekowi daje wzrost, ale Duch Święty. A jeśli starał się będzie o pokorę serca, o posłuszeństwo w wierze, to pomimo jego niedoskonałości (np. jeśli zaniedba coś, co Pan Bóg chciał przez niego przekazać), ma przynajmniej jedno do zaofiarowania: potrafi słuchać. A skoro tak, Pan Bóg będzie się nim posługiwał.

Przeciwnik – diabeł może odciągać osobę od podjęcia współpracy z Bożym natchnieniem czy wezwaniem, poprzez zwrócenie jej uwagi na samą siebie. Na przykład na spotkaniu modlitewnym może u osób, które przeżywają radość modlitwy wspólnotowej, zasugerować porównywanie się z innymi. Żeby człowiek zaczął zwracać uwagę bardziej na siebie i swoją posługę, niż na Jezusa Chrystusa jako swojego Pana i Zbawiciela. Wtedy jest mu ukazana jego nieporadność w wypowiadaniu się, niedoskonałość w odpowiedzi na Słowo rozeznane na spotkaniu, czy nagle stają mu przed oczami własne kompleksy, które nie pozwalają mu w pełni otworzyć się na działanie łaski. W ten sposób duch zły stara się odwrócić uwagę od tego, co dobre. Na przykład od słuchania słowa Bożego i rozważania tego, co mówi Bóg przez to Słowo do jego serca, lub po prostu od radowania się jak dziecko prostą modlitwą zanoszoną do Boga...

Przesada w dobrym

Ktoś w stanie pocieszenia nałożył na siebie dużo modlitw i teraz czuje, że już nie daje rady, nie ma siły na nie wszystkie, jest zmęczony. Teraz ma wyrzuty sumienia na myśl, że chce z którejś z nich zrezygnować. Jak wyjść z tego zamkniętego koła?

Podjęcie tych zobowiązań dokonane zostało często bez porozumienia z kierownikiem duchowym. Dlatego ważne jest, żeby postawić siebie wobec obiektywnych kryteriów: zachowania podstawowego przykazania miłości Boga i bliźniego: czy to, co robię (podejmowana modlitwa w takim a nie innym wymiarze) służy większej miłości? Czy rzeczywiście znajduje odpowiednik w czynach miłości wobec bliźniego, czyni go człowiekiem większego pokoju, czy też smutku i uciemiężenia? Ważna jest tutaj porada kierownika duchowego, aby rozpoznał, czy ciężary, które zostały przyjęte, nie są podjęte w sposób nieroztropny. Wiadomo, że jeśli jesteśmy w stanie wewnętrznego pocieszenia, gotowi jesteśmy pójść za Jezusem na koniec świata! Kiedy jednak przychodzi moment strapienia, wtedy jest to bardzo trudne. Jeżeli podjęliśmy naszą drogę wiary, praktykę modlitwy zgodnie z wolą Boga, Duch Pański da nam wytrwałość i męstwo. Ale jeśli chcieliśmy “przedobrzyć” i wzięliśmy na siebie więcej, niż to jest możliwe do udźwignięcia, poczujemy się uciemiężeni. Dlatego ważne jest obiektywne kryterium – podstawowego przykazania miłości Boga i bliźniego. Rozmowa z kierownikiem duchowym na ten temat pomoże nam, abyśmy nie dali posłuchu fałszywym wyrzutom sumienia i nie popadli w skrupuły, zwłaszcza gdy już zaczynamy się oskarżać: bo nie odmówiliśmy określonych modlitw, nie odwiedziliśmy jakichś osób. A należałoby się raczej oskarżać za swoją nieroztropność w braniu na siebie tylu ciężarów... Wówczas duch ludzki może słabnąć, a psychika nasza ulec zmęczeniu. Da to okazję bardziej złu niż dobru.

Rozpoznać rodzaj niepokoju

Doświadczamy dwojakiego rodzaju niepokoju. Czasem może on wynikać z fałszywych subtelności, fałszywych myśli, postaw, odczuć, który należy przezwyciężyć odwołując się do sytuacji, w jakiej ostatnio doświadczaliśmy pokoju ducha – jakby wracając do początku. Tutaj proponowałbym, aby zbadać, jaki stan ducha towarzyszył mi wtedy, kiedy dana sprawa, decyzja była podejmowana lub kiedy decydowałem się na określony sposób życia. Jeśli towarzyszył mi wtedy stan wewnętrznego pokoju, to należy się zastanowić, w którym momencie wkradł się niepokój. Być może zabrakło pełnego zaufania Bogu, a lęk o własną doskonałość wprowadził w naszą duszę zamęt.

Z drugiej strony, możemy doświadczać niepokoju jako wezwania do zbawienia, jako upomnienia się Boga o człowieka. Jeśli idziemy drogą wiary, nadziei i miłości, słuchamy Słowa i rozważmy jej w sercu – w pewnym momencie troski tego świata (których mamy każdego dnia bardzo wiele: rozstrzyganie spraw rodzinnych, domowych, zawodowych; podyktowane koniecznością, że jeszcze i to trzeba zrobić) odciągają nas od codziennego stawania przed Bogiem. Zaczynamy gubić się, tracimy zdolność odczuwania rzeczy Bożych i słuchania tego, co Bóg mówi dzisiaj do mnie i mojej rodziny lub zgromadzenia. Na skutek tego tracimy powoli grunt pod nogami, tzn. nasz wewnętrzny człowiek traci oparcie na Bożej miłości i słabnie. Czujemy wewnętrznie, że rzeczy, sprawy doczesne próbują nami zawładnąć, że panują nad nami, natomiast my nie potrafimy ich już ogarnąć. Wtedy przychodzi niepokój, ale niepokój, który daje Bóg, by człowiek się opamiętał i stanął mocno na nogach. Aby zatrzymał się chociażby na chwilę, posłuchał, co Bóg mówi do niego, by odnalazł właściwy kierunek swego życia, utraconą równowagę i pokój serca.

Posłowie

Zastosowanie reguł w praktyce oznacza konsekwentne podejmowanie rachunku sumienia, badanie woli Bożej i podejmowanie jej każdego dnia. Jeżeli tego ćwiczenia brak, niełatwo będzie zrozumieć działanie Ducha Świętego na spotkaniu modlitewnym czy w życiu osobistym, ponieważ Duch Święty udziela się człowiekowi w cichości i prostocie serca, w ciszy “Nazaretu”. Przychodzi, żeby objawiła się w nas chwała Boża. I niewątpliwie to nastąpi, natomiast trzeba być na to dobrze przygotowanym.
 
Józef Kozłowski SJ